Rola Kościoła katolickiego w kolumbijskim konflikcie zbrojnym

Kiedy w kolumbijskim Catatumbo czy Chocó milkną strzały, na drogi jako pierwsi wychodzą zwykle dwaj ludzie: lekarz i ksiądz. Jeden opatruje rany, drugi spisuje nazwiska zmarłych, organizuje pogrzeby, dzwoni po pomoc humanitarną. Dla wielu mieszkańców obszarów najbardziej dotkniętych wojną to właśnie Kościół katolicki jest ostatnią instytucją, która naprawdę nie opuszcza terenu – niezależnie od tego, kto akurat „rządzi” karabinem.

Historia udziału Kościoła w kolumbijskim konflikcie zbrojnym jest jednak dużo bardziej skomplikowana niż prosty obraz „księdza–bohatera”. To opowieść o instytucji głęboko wrośniętej w państwo, często zbyt blisko elit, ale też o tysiącach duchownych, którzy ryzykowali życiem, broniąc cywilów, negocjując z partyzantami i paramilitarami oraz towarzysząc ofiarom.


Od La Violencia: cień politycznego katolicyzmu

Gdy w 1948 roku zamordowano Jorge Eliécera Gaitána, a kraj pogrążył się w dekadzie La Violencia, Kolumbia była niemal całkowicie katolicka. Kościół cieszył się uprzywilejowaną pozycją: miał ogromny wpływ na edukację, moralność publiczną i życie rodzinne. W tamtej epoce część hierarchii kościelnej była wyraźnie związana z konserwatywną elitą polityczną.

W prasie i późniejszych relacjach pojawiały się oskarżenia, że niektórzy duchowni – szczególnie na prowincji – otwarcie wspierają konserwatystów i demonizują liberalną opozycję, a nawet w kazaniach podsycają nienawiść. Wspominano m.in. postać biskupa Miguel Ángel Builesa, który miał w ostrych słowach atakować przeciwników politycznych z ambony. Te zarzuty do dziś są przedmiotem debat historyków. Nie ma formalnych wyroków ani jednoznacznych dokumentów Watykanu, które potwierdzałyby udział Kościoła jako instytucji w podżeganiu do zbrodni. Faktem jest jednak, że w oczach wielu Kolumbijczyków Kościół w latach 40. i 50. był blisko wiązany z obozem władzy – a więc współodpowiedzialny moralnie za spiralę politycznej przemocy.

To obciążenie będzie wracać jeszcze długo później, gdy ci sami biskupi, którzy przez lata stali blisko konserwatywnych rządów, zaczną apelować o pokój i reformy społeczne.


„Nie-militarny” gracz w wojnie partyzanckiej

Kiedy po La Violencia kraj wszedł w kolejną fazę konfliktu – z lewicowymi partyzantkami FARC, ELN, a później też paramilitarnymi AUC – rola Kościoła zaczęła się zmieniać. Przede wszystkim dlatego, że przemoc rozlała się na obszary, w których jedyną stałą instytucją były parafie.

Duchowni na dole struktury Kościoła coraz częściej stawali po stronie ubogich społeczności chłopskich, ludności tubylczej i afro–kolumbijskiej, domagając się respektowania praw człowieka przez wszystkich aktorów konfliktu. W regionie Chocó lokalny Kościół odgrywał ważną rolę w organizowaniu społeczności etnicznych i obronie ich praw – inspirowany teologią wyzwolenia, ale też codziennym doświadczeniem mieszkańców selwy i rzek.

Równocześnie Konferencja Episkopatu Kolumbii nie ograniczała się do listów pasterskich. W połowie lat 80., za prezydentury Belisaria Betancura, biskupi i księża włączali się w pierwsze próby dialogu i rozmów pokojowych między rządem a FARC – wspierali proces, który doprowadził do zawieszenia broni, choć nie byli formalnymi stronami samych porozumień. W 1995 r. hierarchia utworzyła Narodową Komisję Pojednania, która miała ułatwiać dialog polityczny i promować pokojowe rozwiązanie konfliktu.

Dla części społeczeństwa Kościół zaczął być postrzegany jako trzeci gracz – nieuzbrojony, ale wpływowy: z amboną zamiast karabinu, siecią parafii zamiast baz wojskowych, zdolny dotrzeć zarówno do ministrów w Bogocie, jak i dowódców oddziałów w dżungli.


Kościół jako ofiara: zamordowani księża i groźby z każdej strony

Aktywne zaangażowanie Kościoła miało swoją cenę. Duchowni, którzy mówili głośno o łamaniu praw człowieka, widzieli przemoc ze wszystkich stron – i z każdej strony spotykały ich groźby.

Dostępne dane Kościoła i instytucji państwowych pokazują, że od połowy lat 80. do początku XXI wieku zamordowano co najmniej kilkadziesiąt osób duchownych. W samym tylko Kościele katolickim mówi się o ponad osiemdziesięciu zabitych księżach w dłuższym okresie trwania konfliktu. Wielu innych było porywanych, zastraszanych lub zmuszanych do ucieczki z parafii.

Na celowniku byli zarówno księża pracujący na terenach pod kontrolą FARC i ELN, jak i ci, którzy otwarcie krytykowali paramilitarne szwadrony śmierci. Część duchownych padła ofiarą operacji prowadzonych z udziałem przedstawicieli państwa – o czym później mówiły oficjalne raporty dotyczące naruszeń praw człowieka. Z perspektywy zwykłego proboszcza nie miało znaczenia, czy napastnik nosi mundur, zielony beret czy cywilne ubranie – każdy mógł być śmiertelnym zagrożeniem.

Mimo tego, również dziś, gdy w takich regionach jak Catatumbo czy Chocó dochodzi do eskalacji walk między ELN, dysydentami FARC i bandami narkotykowymi, to właśnie księża i zakonnice często pozostają ostatnią „siecią bezpieczeństwa” – organizują ewakuacje, przewożą rannych, negocjują przerwanie ognia na czas wyprowadzenia cywilów czy pochowania zabitych.


Mediator, ale nie święty: ambiwalentne dziedzictwo

Na poziomie krajowym Episkopat wielokrotnie występował w roli mediatora. Biskupi pośredniczyli w kontaktach z FARC i ELN, uczestniczyli w inicjatywach społecznych na rzecz pokoju, wspierali mobilizacje obywatelskie domagające się zakończenia wojny. Później, w XXI wieku, środowiska kościelne – zwłaszcza związane z duszpasterstwem społecznym – wspierały rozmowy w Hawanie, które zakończyły się porozumieniem pokojowym rządu z FARC w 2016 roku.

Symboliczne znaczenie miało też powierzenie funkcji przewodniczącego Komisji Prawdy jezucie Francisco de Roux. To ksiądz, który przez dekady pracował w regionach najbardziej dotkniętych przemocą, a następnie stanął na czele zespołu mającego opisać mechanizmy konfliktu i głosy ofiar. Choć Komisja była instytucją państwową, dla wielu Kolumbijczyków jego wybór był sygnałem zaufania do części Kościoła zaangażowanej w obronę praw człowieka.

Nie oznacza to jednak, że Kościół był w tej historii wyłącznie bohaterem. Krytycy przypominają jego historyczne powiązania z konserwatywną elitą, ciche przyzwolenie niektórych duchownych na nadużycia wojska czy paramilitariów, a także ambiwalentną postawę części biskupów wobec porozumienia pokojowego z 2016 roku – szczególnie w czasie plebiscytu, w którym zwyciężyło „nie”. Dla jednych Kościół bywał zbyt łagodny wobec państwa i elit, dla innych – zbyt „lewacki” i zbliżony do retoryki ruchów społecznych oraz teologii wyzwolenia.

Instytucja nie była monolitem: inne stanowisko zajmowali biskupi w Bogocie, inne księża w parafiach odciętych od świata przez dżunglę czy góry.


Między amboną a linią frontu

Rola Kościoła katolickiego w kolumbijskim konflikcie zbrojnym wymyka się prostym etykietkom. To jednocześnie instytucja, która w przeszłości współtworzyła konserwatywny porządek i korzystała z jego przywilejów, oraz sieć tysięcy parafii, które na co dzień stawały po stronie najsłabszych – często wbrew lokalnym władzom i grupom zbrojnym.

Dziś, gdy Kolumbia nadal próbuje domknąć proces pokojowy i jednocześnie mierzy się z nowymi falami przemocy, Kościół pozostaje w środku – między amboną a linią frontu. W katedrach organizuje debaty o prawdzie i pojednaniu, na prowincji szuka zaginionych, spisuje ofiary i prosi dowódców oddziałów choćby o kilkugodzinne zawieszenie broni.

Czy ta instytucja całkowicie „odpokutowała” swoje dwuznaczne epizody z przeszłości? To pytanie wciąż pozostaje otwarte. Ale niezależnie od odpowiedzi jedno jest pewne: bez zrozumienia roli Kościoła – zarówno tej chwalebnej, jak i kontrowersyjnej – nie da się opowiedzieć historii kolumbijskiego konfliktu ani historii prób jego zakończenia.

By Ola A.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *