Wiosną 1692 roku niewielka osada w kolonialnej Nowej Anglii stała się sceną jednego z najsłynniejszych procesów w dziejach. W Salem w Massachusetts ponad 200 osób oskarżono o czary, 20 z nich straciło życie – 19 powieszono, jedna zmarła pod stosem kamieni podczas tortur. Kilka kolejnych osób nie doczekało wyroku, umierając w więzieniu. To, co zaczęło się od dziwnych napadów dwóch dziewczynek, zakończyło się zbiorową paniką, politycznym kryzysem i późniejszymi publicznymi przeprosinami władz.
Salem – osada na granicy lęku
Pod koniec XVII wieku Salem Village (dzisiejsze Danvers) było typową purytańską społecznością: głęboko religijną, oszczędną i skłóconą. Między ubogą, rolniczą wsią a bogatszym, handlowym Salem Town narastały spory o podatki, granice i wpływy. Parafia od lat nie mogła dojść do porozumienia w sprawie proboszcza, a ostatnim z nich został kontrowersyjny Samuel Parris, który raczej dolewał oliwy do ognia, niż łagodził konflikty.
Na to wszystko nakładały się szersze lęki: wojny z francuskimi i rdzennymi mieszkańcami na północy, epidemia ospy, wyjątkowo ciężkie zimy i nieurodzaje. Historycy mówią dziś wprost o „mieszance wybuchowej” – religijnej gorliwości, napięć społecznych i strachu o przyszłość.
Dziewczynki, które „zaczęły się dziwnie zachowywać”
Iskra padła w domu pastora Parrisa. W lutym 1692 roku jego córka Betty (9 lat) i kuzynka Abigail Williams (11 lat) zaczęły doświadczać gwałtownych napadów: krzyczały, wyginały się w nienaturalny sposób, chowały pod meblami, skarżyły na kłucia i duszności. Lokalny lekarz nie znalazł fizycznej przyczyny i zasugerował… działanie sił nadprzyrodzonych.
W atmosferze purytańskiej Nowej Anglii diagnoza niemal automatycznie prowadziła do jednego wniosku: czary. Niebawem inne dziewczęta zaczęły naśladować podobne zachowania. Pod presją dorosłych wskazały pierwsze rzekome czarownice – wśród nich ubogą żebraczkę, kobietę o złej reputacji i niewolnicę pochodzącą z Karaibów. Mechanizm kozła ofiarnego ruszył.
Procesy i „dowody ze snów”
Sprawy szybko przeniesiono z poziomu lokalnych przesłuchań na specjalny sąd – Court of Oyer and Terminer, powołany przez nowego gubernatora kolonii Williama Phipsa.
Najbardziej kontrowersyjny był rodzaj dopuszczanych dowodów. Kluczowe znaczenie miało tzw. „spectral evidence” – świadectwa osób, które twierdziły, że widzą „ducha” oskarżonego, dręczącego je podczas ataku. Sąd uznawał, że skoro czyjś kształt pojawia się w wizjach, to musi on współpracować z diabłem. Obok tego pojawiały się:
- zeznania „nawróconych” czarownic, które pod presją wskazywały kolejne osoby,
- znalezione w domach lalki–poppety, dziwne znaki na ciele czy książki z wróżbami,
- plotki i wieloletnie sąsiedzkie konflikty, którym nagle nadawano wymiar „diabelskich spisków”.
W czerwcu 1692 roku zapadły pierwsze wyroki śmierci. Egzekucje wykonywano przez powieszenie na wzgórzu u podnóża Gallows Hill, w miejscu identyfikowanym dziś jako Proctor’s Ledge.
Skala tragedii
W ciągu kilkunastu miesięcy oskarżono ponad 200 osób, a 30 uznano za winne. 19 skazanych – 14 kobiet i 5 mężczyzn – powieszono. Jeden z oskarżonych, 81-letni farmer Giles Corey, odmówił złożenia jakiegokolwiek oświadczenia, licząc, że w ten sposób ochroni majątek rodziny. Został powoli zmiażdżony ciężkimi kamieniami – to jedyny znany w dziejach kolonialnej Ameryki przypadek legalnej śmierci przez „przygniecenie”.
Co najmniej pięć osób zmarło w przepełnionych, brudnych więzieniach, zanim w ogóle stanęły przed sądem.
Dlaczego nikt nie przerwał tego wcześniej?
Z dzisiejszej perspektywy pytanie wydaje się oczywiste. W 1692 roku wiele elementów sprzyjało jednak temu, by machina procesów ruszyła pełną parą:
- polityczna próżnia – kolonia dopiero co dostała nową kartę królewską i władze próbowały umocnić swoją pozycję;
- spory w Salem Village – podzielona społeczność wykorzystywała oskarżenia do załatwiania starych rachunków;
- lęk religijny – wizja „spisku szatana” pasowała do kazań ostrzegających przed grzechem i karą;
- dzieci jako „narzędzie” – zeznania młodych dziewcząt traktowano jak dowód na działanie diabła, a nie jak potencjalną manipulację czy efekt presji.
W chwili, gdy w więzieniach siedziały już setki osób, w tym szanowani członkowie społeczności, zaczęły pojawiać się wątpliwości – także wśród duchownych. Jeden z najbardziej wpływowych, Increase Mather, otwarcie skrytykował poleganie na „dowodach ze snów”.
Koniec procesów i późne przeprosiny
Jesienią 1692 roku gubernator Phips, zaniepokojony skalą oskarżeń i rosnącą krytyką, rozwiązał sąd Oyer and Terminer, aresztowanych zaczął zwalniać za kaucją. W styczniu 1693 roku powołano nowy sąd – Superior Court of Judicature – który nie dopuszczał już spectral evidence. Większość spraw umorzono, niewielką liczbę skazanych ułaskawiono. To praktycznie zakończyło polowanie na czarownice.
Sprawa nie zniknęła jednak z sumień mieszkańców. W 1697 roku władze kolonii ogłosiły dzień postu i modlitwy w intencji ofiar procesów, a część sędziów i ławników podpisała pisemne przeprosiny. Sędzia Samuel Sewall publicznie przyznał się do błędu przed własną kongregacją.
W kolejnych latach rodziny ofiar domagały się oczyszczenia nazwisk i odszkodowań. W 1711 roku uchwalono akt unieważniający wyroki wobec 22 osób i przyznający im – lub ich spadkobiercom – rekompensaty finansowe. Dopiero w XX i XXI wieku Massachusetts symbolicznie oczyściło z zarzutów pozostałe skazane osoby, zamykając prawny rozdział sprawy.
Dziedzictwo Salem
Procesy czarownic w Salem stały się jednym z najważniejszych symboli zbiorowej histerii i nadużyć wymiaru sprawiedliwości w historii Ameryki. Historycy podkreślają, że to właśnie na „skale Salem” rozbiła się purytańska wizja społeczeństwa rządzonego przez religijną elitę.
Dziś Salem przyciąga turystów, a w popkulturze wciąż powracają historie o domniemanych czarownicach. Za kolorowymi pamiątkami kryje się jednak bardzo konkretny, bolesny wniosek: wystarczy splot strachu, plotek, politycznych interesów i wiary w „niewidzialne dowody”, by zwykli ludzie – sąsiedzi, krewni, znajomi – stali się ofiarami własnej społeczności.

