W dolinie Val di Non, na skalnym cyplu pośród świerków i urwisk, mieszkał niegdyś pustelnik Romediusz. Pochodził z bogatego rodu, ale porzucił dom i majątek, by szukać ciszy, modlitwy i prostoty. Zbudował niewielką celę przy grocie, żywił się tym, co dał las, a czas wolny dzielił między modlitwę i pomoc wędrowcom, którzy z trudem przebijali się przez górskie ścieżki.
Wieść o świętym życiu pustelnika rozchodziła się od wsi do wsi. Z czasem przybyli do niego uczniowie – młodzi mężczyźni spragnieni życia w odosobnieniu i pracy własnych rąk. Romediusz uczył ich, że pokora jest jak źródlana woda: najpierw zimna i surowa, ale im dłużej się z niej pije, tym bardziej orzeźwia.
Pewnej zimy, gdy śnieg związał drogi, Romediusz poczuł, że powinien odwiedzić biskupa w Trydencie, by prosić o błogosławieństwo na ostatni etap życia. „Osiodłajcie konia” – poprosił jednego z braci. Ten zniknął za skałami i po chwili wrócił drżący: „Ojcze, koń nie żyje. Rozszarpał go niedźwiedź”.
W ciszy, która zapadła, słychać było tylko wiatr szeleszczący w gałęziach. Romediusz wstał spokojnie, wziął kij, którym zwykł podpierać się podczas wędrówek, i poszedł w stronę śladów na śniegu. U wejścia do wąwozu, gdzie ciemniała niedźwiedzia jama, zobaczył wielkie zwierzę. Sierść na grzbiecie miało oszronioną, oczy błyszczały w półmroku jak dwie gorące iskry.
— Bracie niedźwiedziu — rzekł Romediusz łagodnie — jeśli zabrałeś nam konia, oddaj swoją siłę na dobrą drogę. W imię Boga, pozwól się osiodłać.
Młodzi mnisi wstrzymali oddech, ale niedźwiedź nie ryknął, nie ruszył do szarży. Opadły mu łapy, jakby nagle zrozumiał sens wypowiedzianych słów. Romediusz zbliżył się bez lęku, pogładził zwierzę po karku i podał uczniom rzemienie. Ostrożnie zarzucili na grzbiet niedźwiedzia derkę, potem prowizoryczne siodło. Zwierzę stało cierpliwie, a kiedy pustelnik usiadł na jego grzbiecie, uniosło się i ruszyło przed siebie, spokojnym, pewnym krokiem.
Wieść o niezwykłej podróży biegła przed nimi. Kiedy dotarli do bram Trydentu, ludzie wychodzili z domów, by zobaczyć starca jadącego na niedźwiedziu jak na łagodnym mule. Dzieci wspinały się na mury, kupcy przerywali targi, a żołnierze opuszczali włócznie, niepewni, czy to cud, czy tylko sprytna sztuka. Romediusz zdjął kaptur, pozdrowił zebranych i poprosił o drogę do biskupa.
W pałacu biskupim nastała cisza, gdy w progu stanął pustelnik z gór, a u jego boku przycupnęło dzikie zwierzę. Biskup wstał, podszedł i uścisnął Romediusza, jak brata, którego nie widziało się od lat. — Czego pragniesz, sługo Boży? — zapytał.
— Tylko błogosławieństwa — odpowiedział Romediusz. — I pokoju dla tych gór, w których tyle jest piękna i tyle strachu.
Biskup pobłogosławił pustelnika i pochylił dłoń nad łbem niedźwiedzia. Zwierzę zamruczało cicho, jakby rozumiało powagę chwili. Potem Romediusz odwrócił się ku ludziom na dziedzińcu. — Pamiętajcie — rzekł — że stworzenie bywa posłuszne, jeśli człowiek pierwszy okaże posłuszeństwo dobremu Panu.
Gdy sprawa dobiegła końca, Romediusz zszedł z grzbietu niedźwiedzia i rozwiązał rzemienie. — Wracaj do lasu, przyjacielu — powiedział. — Dziękuję za twoją siłę. Niech cię Bóg prowadzi po ścieżkach, które zna tylko wiatr.
Niedźwiedź uniósł łeb, popatrzył jeszcze chwilę tym swoim mądrym, ciemnym okiem i odszedł, nie czyniąc nikomu krzywdy. Romediusz wrócił w góry. Zimą palił ogień w swej celi, wiosną zbierał zioła i cieszył się ciszą, która bywa głośniejsza niż krzyki targowiska.
Z czasem starzec odszedł do Pana. Bracia i okoliczni mieszkańcy wznieśli w miejscu jego pustelni sanktuarium – kilka kaplic na skale, połączonych schodami, które prowadzą tak wysoko, że zdaje się, jakby wspinało się po nich serce. Pielgrzymi przybywali tu, by opowiadać sobie historię o mężu, który ujarzmił niedźwiedzia nie żelazem, lecz łagodnością.
Przez długie lata przy sanktuarium trzymano też oswojonego niedźwiedzia na pamiątkę cudu; mówiono, że dopóki zwierzę mieszka u świętego, dolina będzie bezpieczna, a drogi otwarte dla wędrowców. I choć dziś inne są czasy, schody wciąż prowadzą na skałę, a opowieść o Romediuszu żyje w ustach ludzi. Bo w każdej epoce potrzeba nam kogoś, kto pokaże, że dzikość świata można przemienić nie siłą, lecz dobrocią — i że nawet niedźwiedź stanie się towarzyszem drogi, jeśli prosi się go po imieniu.

