Bieszczady o świcie – połoniny w złotym świetle i morze mgieł; nawiązanie do legendy Bies i Czady.

Kiedy wieczorem gasną czerwone pasma nad Tarnicą, a w doliny schodzi chłodny oddech Wetliny, starzy juhasi siadają przy ogniu i opowiadają, jak to było „na samym początku gór”. Mówią, że zanim człowiek rozciął ścieżkami las i postawił bacówki, błąkały się tu dwie siły, mocniejsze niż żelazo siekiery i twardsze niż granit skał: Bies i Czady.

Bies był jak grzmot zamknięty w piersi burzowej chmury. Kochał wiatr i wysokość. Skakał ze szczytu na szczyt – z Halicza na Krzemień, z Krzemienia na Tarnicę – i śmiał się, gdy świerki kładły się przed nim pokornie jak trawy. Z jego pięści sypały się iskry, z gardła wyrywała się błyskawica, a w oczach płonął ogień, który hartował noc. Bies nie znał półśrodków: albo huk, albo cisza po huku.

Czady były inne. Nie miały jednej twarzy, tylko tysiąc wątłych palców i krok miękki jak para unosząca się znad łąki o świcie. Przychodziły bez ostrzeżenia, zasnuwały doliny i przełęcze, a drogę, która przed chwilą była prosta, zamieniały w labirynt mleka. Gubiły dźwięk dzwonków, wyciszały szczek psów, przytulały człowieka zimnym ramieniem, aż zapominał, skąd przyszedł i dokąd miał wracać. Czady nie krzyczały – szeptały.

Góry długo słuchały ich kłótni. Kiedy Bies rozdzierał niebo i pędził chmury nad połoninami, Czady wynurzały się z jarów i kładły na świecie swoją pierzynę. Kiedy Bies wyginał buki w łuk i uderzał piorunem w samotny świerk, Czady zsuwały się z Otrytu, gasiły iskrę kroplą za kroplą, aż ogień tracił chęć do tańca. Tak mijały lata – raz góry należały do huku, raz do ciszy.

Pewnej wiosny pokłóciły się najmocniej. Bies chciał, by grzbiety na wieki zostały królestwem wiatru. „Drzewa? – prychnął – niech rosną w dolinach, gdzie im miejsce”. I jednym dmuchnięciem obalił stare bory na wysokich garbach. Czady zawyły bezgłośnie na ten widok, ale zakasły ramiona z mgły i przeszły przez grzbiety długim pochodem. Położyły na gołej ziemi wilgoć tak czułą, że obudziła się trawa. I trawa wzięła w posiadanie to, co zostało po walce: szerokie, puste, falujące korytarze nieba – połoniny.

Od tej pory Bies spoglądał z zadowoleniem na swoje wieczne przeciągi, a Czady były dumne, że ich dotyk rozkwitł zielenią. I choć dalej się ścierały – bo taki ich los – znalazły sobie granicę, której pilnowały z niechętną zgodą: powyżej grzbietów miała panować przestrzeń i wiatr, poniżej – las i para. Człowiek, który tam przyszedł z owcami, szybko zrozumiał, gdzie zaczyna się teren Biesa, a gdzie rządzą Czady.

Zdarzyło się jednak, że ich spór dotknął człowieka boleśnie. W dolinie Sanu pasł młody juhas, co wrócił niedawno z nizin. Przysiągł matce, że nie zgubi się w górach, bo ma serce odważne i nóż ostry. Lato pachniało sianem, więc nie oglądał się na niebo. Wtedy Czady zeszły w białych chustach, a ścieżka pod nogami chłopca rozsunęła się jak zasłona. Słyszał tylko własny oddech. Gdzieś daleko zawył wilk, bliżej zatrzeszczała gałąź. Chłopiec zawołał po imieniu owce, ale odpowiadał mu tylko jego strach.

Na grzbietach śmiał się Bies: „Niechże pozna, co to znaczy góra”. I zagrał piorunem po krawędziach chmur. Gdyby walnął prosto w jar, rozpisałby w dolinie pieśń o smutku. Ale wówczas coś w nim drgnęło – może wspomnienie tamtej wiosny, kiedy Czady położyły na jego nagich garbach zieloną kołdrę. Bies westchnął ciężko, jak westchnąć potrafi tylko burza, i trzasnął światłem nie w ziemię, lecz w niebo. Błysk rozciął mleko, jakby ktoś rozdarł zasłonę nożem. Na ułamek chwili chłopiec zobaczył zarys buka, kamień na zakręcie i ciemną smugę potoku. Wystarczyło. Ruszył.

Czady nie lubią przegrywać, ale tym razem zrozumiały, że zabawa poszła za daleko. Wciągnęły parę wyżej, pozwoliły potokowi mówić głośniej, a owcy zadzwonić krócej. Juhas wyszedł z bieli jak z długiego snu. Kiedy postawił stopę na kamieniu, a pod nim zamruczała woda, odwrócił się i pokłonił mgłom oraz chmurom tak nisko, jakby kłaniał się własnym rodzicom. Długo jeszcze potem opowiadał przy ognisku, że Bies i Czady są jak dwie ręce jednej góry: różne, a jednak potrzebne. Jedna wskazuje drogę siłą, druga – ukrywa drogę, by człowiek nie myślał, że wszystko mu wolno.

Ludzie zaczęli mówić o nich razem, jednym tchem. „Idziesz w Biesy i Czady? Uważaj.” Nazwa przylgnęła do gór jak rosa do trawy. Z czasem przestano rozdzielać te dwa imiona: góry, w których burza ma własny śmiech, a mgła własną pieśń, nazwano Bieszczadami. Bo jak inaczej wołać krainę, gdzie nad połoninami wciąż hulają wichry Biesa, a w jarach kładą się długie, ciche chusty Czadów?

Do dziś mówią, że jeśli idziesz granią i nagle zawieje tak, że czapka chce pofrunąć ku Smerekowi, to Bies sprawdza, czy nosisz głowę na karku. A jeżeli w dolinie ścieżka staje się miękka jak sen, to Czady pytają, czy wiesz, po co w górach są przystanki. Trzeba wtedy stanąć, posłuchać potoku i tarcia traw, dotknąć kory i podziękować, że człowiek jest tu tylko gościem.

Kiedy noc zamyka oczy nad Połoniną Caryńską, a iskry z ogniska wędrują ku gwiazdom, łatwo uwierzyć w tę starą opowieść. Bo te góry naprawdę brzmią jak dwugłos: huk i cisza, błysk i mleko. I może dlatego wraca się tu wciąż – by znów posłuchać, jak Bies smaga niebo, jak Czady kładą na świecie swoją kołdrę i jak z ich sporu rodzi się kraina, której imię nosi w sobie obie te siły. Bieszczady.

By Ola A.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *