Mówią starzy rybacy, że kiedy mgła kładzie się nad wodą jak biały obrus, a fale szepczą pod pomostami Iławy, z dna jeziora dobiega cichy dźwięk szkła uderzającego o kamień. To przypomnienie o dawnej historii, która wydarzyła się tu przed laty, gdy w mieście kwitł handel, a domy mieszczańskie pachniały żywicą i świeżo pieczonym chlebem. Wtedy to właśnie pewien zamożny rajca kazał sprowadzić z dalekich stron niezwykłą wazę — ciężką, przejrzystą, o grubych ściankach rzeźbionych w liście i pnącza. U jej nasady połyskiwała srebrna oprawa, a na uchwytach siedziały dwa smukłe ptaki z rozpostartymi skrzydłami.
Waza miała być ozdobą wesela jego córki, Elżbiety. Dziewczyna znana była z urody, ale i z dumy. Mówiono o niej, że spojrzenie ma chłodne jak woda w kwietniu i krok pewny, jakby po deskach rynku sunęła wprost do przeznaczenia. Gdy nadszedł dzień zaślubin, w domu rajcy rozpalono piece, zakiełkowały śmiechy i tony pieśni, a w ogromnej sali ustawiono stoły tak długie, że czeladź musiała je podtrzymywać na zakrętach korytarzy. Pośrodku stanęła waza — wypełniona winem, które w świetle świec mieniło się od purpury po złoto.
Właśnie wtedy, wśród gwaru, do bramy przytoczył się wędrowiec. Był w płóciennym, przemoczonej od rosy odzieniu, z kijem i tobołkiem na plecach. Poprosił o kubek wina — nie dla upicia, mówił, lecz dla rozgrzania po długim marszu. Od progu odesłano go do kuchni, a kucharka, zajęta pieczenią, machnęła ręką: „Idź, człowieku, nie zawracaj”. Wędrowiec nie posłuchał. Wszedł na sień, a potem stanął w sali, gdzie błyszczała waza, i ukłonił się pannie młodej. „Pani — rzekł — kropla dla znużonego”.
Elżbieta spojrzała na niego wyniośle. „Nie dla każdego to, co najlepsze — odparła. — Dziś piją ci, co zasłużyli.” Rajca wzruszył ramionami, goście chichotnęli, a wędrowiec skinął głową. Nie prosił więcej. Zsunął kapelusz na czoło, odwrócił się i zniknął w drzwiach, pozostawiając w powietrzu ledwo słyszalne słowa: „Niech pamięć tej nocy nie spocznie lekko”.
Wieczorem, gdy korowód weselny wyszedł nad jezioro, by popatrzeć na iskry ognisk i posłuchać muzykantów, Elżbieta zapragnęła pochwalić się wspaniałą wazą. „Zanieśmy ją na pomost — rozkazała — niech i wody zobaczą naszą radość.” Służba, mrucząc, ostrożnie poniosła ciężkie naczynie. Kiedy postawili je na deskach, wiatr nagle zmienił kierunek. Jezioro zaszemrało głębiej, jakby podniosło się z dna coś niewidzialnego. Płomień pochodni zamigotał, a muzyka ucichła. W tej ciszy rozległ się stuk: ktoś potrącił ucho wazy. Naczynie zachwiało się, a potem jednym, długim ruchem przesunęło po deskach i runęło wprost w czarną wodę.
Krzyk panny młodej rozciął noc. Mężczyźni rzucili się na kolana, wyciągając ręce ponad fale, lecz waza poszła na dno szybciej, niż zdążyli krzyknąć „ratunku”. W miejscu, gdzie zniknęła, krąg wody zadrżał i przybrał kolor ołowiu. Rajca, blady jak piecowy popiół, kazał sprowadzić rybaków. Ci przeciągali sieci we wszystkie strony, ale zamiast szkła wyciągali kępki wodorostów i garści kamyków, które świeciły inaczej niż zwykle, jakby przenikała je odrobina blasku z utraconego naczynia.
Noc, która miała być radosna, stała się długa i chłodna. Goście rozeszli się po kątach, a panna młoda stała na pomoście i patrzyła, jak mleczna mgła pożera światła. Dopiero nad ranem weszła z powrotem do sali, w której wszystko pozostało na swoim miejscu — z wyjątkiem wazy, której pustka odbijała się echem we wszystkich spojrzeniach. Od tego czasu w domu rajcy nic już nie smakowało jak przedtem; winu brakowało tej samej barwy, a śmiechom — dawnej lekkości.
Po kilku dniach do Iławy zawitał ów wędrowiec. Przysiadł na kamieniu nad brzegiem i powiedział do rybaków: „Dopóki pycha stawia się wyżej niż gościnność, dopóty dno będzie trzymało swoje tajemnice.” Rybacy milczeli, bo i cóż mieli odpowiedzieć. Każdy z nich znał wodę, jej humory i niespodzianki. Ale od tej pory zaczęli słyszeć więcej. Czasem tuż przed świtem, gdy jezioro leżało gładkie jak tafla szkła, rozlegało się z głębi cieniutkie „dzyń”, jakby ktoś uderzył paznokciem w kryształ. Innym razem w sieciach znajdowali okruchy szkła, mleczne i grube, z nitką srebra przy krawędzi, choć nikt nie potrafił powiedzieć, skąd wzięły się na tej głębokości.
Minęły lata. Elżbieta posmutniała, rzadziej wychodziła nad wodę. Mówiono, że żałuje nie tyle samej wazy, ile tamtego spojrzenia, którym odmówiła kubka wina zmęczonemu człowiekowi. Rajca długo próbował odzyskać utracony skarb. Sprowadzał nurków, płacił ludziom, którzy nie lękali się zimnych nurtów. Schodzili w dół z kamieniem w pasie i liną wokół piersi, rozglądali się po zielonkawym półmroku, ale wracali z pustymi dłońmi. „Nie ma tam nic” — mówili jedni. „Jest, tylko nie dla nas” — mawiali inni, ściskając w kieszeni niewielkie, mleczne odłamki.
Gdy nadeszła noc świętojańska, młodzi popłynęli łodziami w stronę wysp, by puszczać wianki. Wtedy to pewna dziewczyna, cicha córka bednarza, zobaczyła pod wodą blask. Nie był to płomień, a raczej światło, które jarzyło się jak oddech szkła. Dziewczyna zanurzyła dłoń i poczuła, jak coś chłodne i gładkie dotyka jej palców. Nie sięgnęła jednak głębiej. Odsunęła rękę, splatając palce na piersi, i tylko wyszeptała: „Nie moje”. Woda zadrżała i zgasła, jakby zadowolona z tej odpowiedzi.
Od tej pory w Iławie powtarza się, że waza spoczywa na dnie spokojnie, ale nie zawsze w tym samym miejscu. Przesuwa się, kiedy po jeziorze idzie burza, a wraca, gdy słońce suszy pomosty. Podobno zobaczy ją tylko ten, kto umie odmówić sobie posiadania. Kto przyszedłby po nią z chciwością, ujrzy jedynie własne odbicie w zimnej wodzie.
A jednak czasem, w bardzo ciche noce, słychać z dna ten sam, cieniutki dźwięk, przypominający stuknięcie o kamień. Wtedy rybacy unoszą głowy i słuchają. Niektórzy robią znak krzyża, inni kładą dłonie na deskach łodzi, jakby prosili jezioro, by było łaskawe. Bo legenda nie pyta o to, co się zdarzyło naprawdę, tylko uczy pamiętać. I choć waza zniknęła w ciemnej wodzie tamtej weselnej nocy, jej echo wciąż wraca — dzwoni cicho pod pomostami, gdy mgła kładzie się nad Iławą jak biały obrus.

