Zanim pojawiły się memy, portale społecznościowe i zabawne obrazki z podpisami, w Polsce Ludowej funkcjonowała zupełnie inna forma humoru codziennego. Dowcipy polityczne, przeróbki haseł, rymowanki i satyryczne rysunki pełniły funkcję podobną do dzisiejszych memów – rozśmieszały, łączyły ludzi i pozwalały odreagować rzeczywistość. Choć nie nazywano ich wtedy memami, wiele z nich działało tak samo: były krótkie, zwięzłe, powielane i zrozumiałe dla szerokiej grupy odbiorców.
Czym był „mem” przed erą Internetu?
W sensie kulturowym mem to jednostka przekazu, która się powiela i przekształca. Choć sam termin został spopularyzowany dopiero w 1976 roku przez Richarda Dawkinsa, zjawisko istniało od dawna. W PRL były to krótkie formy humorystyczne, które błyskawicznie rozprzestrzeniały się wśród ludzi – głównie ustnie lub przez nieoficjalne rysunki i hasła.
Zabawne slogany, obrazki kopiowane ręcznie lub w zakładach pracy, powiedzonka i parodie – wszystkie te formy funkcjonowały jako społeczny komentarz i wentyl bezpieczeństwa. Często odnosiły się do codziennych problemów, niedoborów, absurdów systemu czy ówczesnych liderów politycznych.
Jak rozprzestrzeniały się dowcipy?
Bez Internetu i wolnych mediów, „mem PRL-u” rozchodził się przede wszystkim pocztą pantoflową. Przekazywano go w zakładach pracy, na uczelniach, w kolejkach sklepowych, podczas spotkań rodzinnych i towarzyskich. Żarty krążyły szybciej niż oficjalna informacja – każdy, kto znał nowy dowcip polityczny, stawał się lokalnym „influencerem”.
Niektóre formy powielano w postaci rysunków, które – choć nielegalne – trafiały do kręgu znajomych, czasem przez domowe kopiarki, maszyny do pisania lub po prostu odręcznie.
Dowcipy polityczne – śmiech pod kontrolą
Dowcipy polityczne stanowiły jedną z najważniejszych form nieoficjalnej krytyki. Opowiadały o partii, I sekretarzu, milicji, systemie kartkowym, pustych półkach i absurdach codzienności. Były ryzykowne – za ich opowiadanie można było narazić się na nieprzyjemności, zwłaszcza w pracy lub wojsku.
Jednym z klasycznych dowcipów tego typu był żart o kolejkach:
„Dlaczego w PRL nie ma głodu? Bo kto rano wstaje, ten nie dojada, a kto nie dojada – ten nie głoduje.”
Albo taki:
„Co to jest optymizm? To wiara, że będzie lepiej, mimo że już jest tragicznie.”
Dowcipy te funkcjonowały jako forma społecznej autorefleksji i ucieczki od propagandowej rzeczywistości.
Hasła i slogany z życia wzięte
Hasła propagandowe były wszędzie – na murach, w zakładach, w telewizji. W odpowiedzi społeczeństwo tworzyło ich szybkie, prześmiewcze przeróbki, które krążyły w nieoficjalnym obiegu.
Na przykład oficjalne „Niech żyje socjalizm!” zmieniało się w „Niech żyje socjalizm – byle krótko!”, a „Partia z narodem, naród z partią” komentowano jako „jak powróz z szyją”.
Inne parodie brzmiały:
„Przodujemy w Europie… w kolejce po papier”,
„Budujemy nowego człowieka – szukamy tego starego”,
„Władza rad – radzi sobie sama”.
Te krótkie slogany miały prostą formę i bardzo silny przekaz. Funkcjonowały jak współczesne memy tekstowe – trafiały w punkt i zapadały w pamięć.
Rysunki satyryczne – „memy” z papieru
Choć cenzura PRL ograniczała oficjalną satyrę, to w niektórych gazetach – takich jak „Szpilki”, „Karuzela” czy „Polityka” – pojawiały się rysunki komentujące rzeczywistość z przymrużeniem oka. Satyrycy tacy jak Eryk Lipiński, Zbigniew Jujka czy Sławomir Mrożek potrafili przemycać treści balansujące na granicy dopuszczalności.
Obok oficjalnej satyry istniała też nieoficjalna – rysunki kopiowane w zakładach pracy, dowcipne obrazki z hasłami, plakaty z domowymi przeróbkami. Niektóre z nich były rysowane odręcznie i rozpowszechniane wśród znajomych – jako alternatywa dla drukowanej prasy.
Humor milicyjny i nonsensowny
Wśród najbardziej popularnych w PRL żartów były też dowcipy o milicjantach, których charakter był bardziej absurdalny niż polityczny. Milicjant w nich był na ogół naiwny, mylący pojęcia, ale niekoniecznie zły. Przykłady:
„Dlaczego milicjant stoi przed windą z nartami? Bo usłyszał, że można nią zjechać.”
Równie popularne były żarty w stylu Radia Erewań, oparte na absurdalnych pytaniach i jeszcze bardziej absurdalnych odpowiedziach:
„Czy to prawda, że w Moskwie rozdają samochody?
Tak, ale nie w Moskwie, tylko w Leningradzie, i nie samochody, tylko rowery, i nie rozdają, tylko kradną.”
Ten rodzaj humoru był powszechny i bezpieczniejszy, dlatego rozprzestrzeniał się szerzej niż dowcipy o partii.
Dowcip jako wentyl bezpieczeństwa
Choć dziś trudno to sobie wyobrazić, w PRL dowcip był jedną z niewielu przestrzeni wolności słowa. Nie był oficjalny, ale był wszechobecny. Czasem stawał się środkiem przetrwania, a nawet formą terapii – umożliwiał odreagowanie trudów codzienności, pozwalał spojrzeć na sytuację z dystansem.
Istniały przypadki, w których osoby opowiadające publicznie „zbyt polityczne” żarty mogły zostać przesłuchane lub nawet ukarane. W skrajnych przypadkach – np. w wojsku – znane są relacje o dyscyplinarnych konsekwencjach. Jednak w praktyce dowcipy funkcjonowały dość swobodnie, zwłaszcza w sferze prywatnej.
Memy PRL-u dziś
Wiele z tych dowcipów przetrwało do dziś – są opowiadane jako anegdoty z tamtych czasów, a niektóre stały się kanonem humoru. Ich forma i funkcja przypominają współczesne memy: są krótkie, celne, komentują rzeczywistość i są zrozumiałe niemal od razu.
W ostatnich latach niektóre z nich zyskały nowe życie w Internecie – w formie obrazków stylizowanych na estetykę PRL-u. Zyskują drugą młodość jako „retro-memy”, które bawią nie tylko pokolenia pamiętające PRL, ale i młodszych użytkowników sieci.
Podsumowanie
Choć w PRL nie było Internetu, Polacy potrafili stworzyć swoisty system przekazu humorystycznego, który działał jak dzisiejsze memy. Dowcipy polityczne, rysunki, slogany i nonsensowne żarty spełniały rolę społecznego komentarza, wentyla bezpieczeństwa i formy komunikacji.
Nie miały formatu JPG, nie były udostępniane na Facebooku, ale – jak memy – były rozpoznawalne, powielane i dzieliły się nimi całe pokolenia. W ten sposób śmiech w PRL-u był nie tylko rozrywką, ale i formą przetrwania.

