Gdy wspominamy Bibliotekę Aleksandryjską, zwykle widzimy przed oczami spektakularną scenę: gigantyczny gmach, półki uginające się od zwojów, jeden wielki pożar i cywilizację cofniętą o setki lat. Rzeczywistość była mniej filmowa, a bardziej skomplikowana. Aleksandria nie spłonęła w jeden wieczór, lecz traciła swoje zbiory etapami – w wyniku wojen, zamieszek i powolnego obumierania instytucji. I co gorsza: nikt nie zostawił nam listy tego, co tam dokładnie było.
Mimo to historycy próbują odpowiedzieć na pytanie, które fascynuje do dziś: jakie konkretne dzieła mogły przepaść w tej bibliotece?
Biblioteka bez spisu treści
Biblioteka Aleksandryjska była jednym z największych projektów intelektualnych starożytności. Władcy Egiptu z dynastii Ptolemeuszy mieli ambicję zgromadzenia „wszystkich ksiąg świata”, jakie tylko da się zdobyć. Szacuje się, że w szczytowym momencie w Aleksandrii mogło znajdować się od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy zwojów – mówi się najczęściej o przedziale mniej więcej 40–400 tysięcy, a najwyższe dawne szacunki sięgają około 700 tysięcy. Dokładnych liczb jednak nie znamy.
Co gorsza, nie zachował się katalog. Wiadomo, że powstało ogromne dzieło o nazwie „Pinakes”, przygotowane przez uczonego Kallimacha – rodzaj wielotomowego spisu autorów i tytułów, coś w rodzaju pierwszego „systemu bibliotecznego” w dziejach. Dziś znamy je tylko z późniejszych wzmianek. Gdyby przetrwało, moglibyśmy otworzyć je jak starożytny katalog online i zobaczyć: „półka numer X – taki a taki autor, takie a takie dzieła”.
Skoro katalog zaginął, nie możemy uczciwie powiedzieć: „wiemy, że w Aleksandrii leżał dokładnie ten i ten zwój”. Możemy jednak wskazać grupy dzieł, które z dużym prawdopodobieństwem tam były – i które w ogromnej większości przepadły.
Zaginione dramaty, których nikt już nie wystawi
Najbardziej sugestywny przykład to dramaty greckie. Z twórczości największych tragików – Ajschylosa, Sofoklesa, Eurypidesa – dotrwał do nas tylko niewielki wycinek. O wielu sztukach wiemy, że istniały, bo wspominają je starożytni autorzy albo zachowały się pojedyncze cytaty. Same teksty jednak zniknęły.
Biblioteka Aleksandryjska specjalizowała się w kompletowaniu dorobku klasycznych pisarzy. Uczeni porównywali różne egzemplarze, poprawiali błędy przepisujących, ustalali „kanoniczne” wersje tekstów. Można więc z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że to właśnie tam przechowywano obszerne zbiory dramatów wystawianych kiedyś w Atenach.
Dziś znamy zaledwie garść tragedii z każdego autora. Reszta – dziesiątki, a może setki sztuk – być może spoczywała w aleksandryjskich magazynach. Jeśli tak było, to przepadły razem z nimi.
Safona – dziewięć ksiąg, które zamieniły się w strzępy
Jeszcze bardziej poruszający jest przykład Safony z Lesbos. Antyczne źródła mówią, że jej poezja została ułożona przez aleksandryjskich uczonych w dziewięć ksiąg. Szacuje się, że mogło to być około dziesięciu tysięcy wersów. Do naszych czasów dotrwało mniej więcej sześćset kilkadziesiąt.
Niewykluczone, że pełne księgi Safony leżały właśnie w Aleksandrii – to tam opracowywano teksty uznawane za kanon literatury greckiej. Jeżeli tak, to wraz z utratą biblioteki mogła zniknąć zdecydowana większość jej twórczości: pieśni, których nikt już nie zaśpiewa, całe cykle, które dziś rekonstruujemy z pojedynczych słów na fragmencie papirusu.
Naukowe traktaty, których nie przeczytamy
Aleksandria była nie tylko magazynem książek, lecz także ośrodkiem badań. Działało tam Mouseion – coś pomiędzy akademią, uniwersytetem a instytutem naukowym. Pracowali w nim matematycy, lekarze, astronomowie, geografowie.
Do naszej świadomości przebiły się nazwiska: Eratostenes mierzący obwód Ziemi, Herofil badający anatomię, Hipparch zajmujący się gwiazdami. Wiemy, że pisali traktaty, kompendia, komentarze. Część tych tekstów zachowała się, ale sporo znamy tylko z tytułów albo krótkich streszczeń w późniejszych dziełach innych autorów.
Jeśli biblioteka gromadziła prace czołowych uczonych świata greckiego – a wszystko na to wskazuje – to w jej murach mogły znajdować się obszerne opracowania z dziedzin, które dziś znów odkrywamy od zera. Utrata Aleksandrii to w tym sensie nie tyle zniknięcie jednego „cudownego” wynalazku, ile całych warstw wiedzy, komentarzy, wariantów i sporów naukowych, których nie mamy jak odtworzyć.
Traktaty, które znamy tylko z tytułów
Istnieje cała kategoria dzieł, o których wiemy, że istniały, ale nie mamy ich treści. Znamy ich tytuły z późniejszych katalogów, list, polemik. Ktoś w II czy III wieku naszej ery pisze, że „w takim a takim traktacie o gwiazdach” autor X twierdził to czy tamto. Sam tekst jednak nie dotrwał.
Wśród nich jest na przykład zaginiona część „Poetyki” Arystotelesa – przypuszczalnie poświęcona komedii. Znamy ją tylko dlatego, że późniejsi autorzy wspominają o niej i streszczają niektóre tezy. Jeśli Aleksandria rzeczywiście zbierała wszystkie dostępne pisma Arystotelesa, to brak tej księgi jest jednym z najbardziej symbolicznych przykładów „dziury” w naszym obrazie starożytnej myśli.
Największa strata: nie gwiazdy, lecz tło
Kiedy myślimy o zaginionych księgach Aleksandrii, wyobrażamy sobie zazwyczaj wielkie arcydzieła, które mogły zmienić dzieje świata. Historia jest jednak bardziej przyziemna.
Biblioteka gromadziła nie tylko wielkich poetów i filozofów, ale też kroniki miast, rodów, świątyń, lokalne historie, dokumenty administracyjne, opisy obyczajów i praw. Dla starożytnych mogły być to rzeczy „drugorzędne” wobec Homera czy tragedii, ale dla dzisiejszych badaczy to złoto: dzięki nim można zobaczyć, jak naprawdę żyli zwykli ludzie, jakie mieli problemy, co ich śmieszyło, a co przerażało.
W tym sensie największą stratą może być nie tyle jeden genialny poemat, ile całe tło – tysiące mniejszych tekstów, które tworzyły gęstą sieć informacji o świecie sprzed dwóch tysięcy lat.
Ile naprawdę straciliśmy?
Nie sposób uczciwie policzyć, ile dokładnie dzieł przepadło razem z Biblioteką Aleksandryjską. Wiemy tylko tyle, że z dawnej literatury greckiej zachował się niewielki ułamek całości, a Aleksandria była jednym z głównych miejsc, w których ten brakujący ogrom mógł spoczywać.
Dziś, gdy archeolodzy od czasu do czasu wydobywają z piasku Egiptu kolejne fragmenty papirusów, dostajemy przedsmak tego, co mogłoby nas czekać, gdyby aleksandryjskie zbiory jakimś cudem przetrwały. Kilka wersów nowej pieśni Safony wywołuje sensację na całym świecie. A przecież w Aleksandrii podobnych odkryć można by pewnie dokonywać codziennie – wystarczyłoby wejść do odpowiedniej sali, poprosić o zwój i zacząć czytać.
Biblioteka, której już nie ma, stała się więc symbolem nie tylko zniszczonych książek, ale też utraty szansy. Szansy na to, by znać starożytny świat z pierwszej ręki, a nie z urwanych cytatów i domysłów. I może właśnie dlatego pytanie „jakie konkretne dzieła mogły tam przepaść?” wciąż tak nas dręczy – bo odpowiedź, której nigdy nie poznamy do końca, mówi tyle samo o starożytności, co o nas samych.

