W 1274 i 1281 roku wojska imperium Yuan próbowały zdobyć Japonię. Obie wyprawy zakończyły się odwrotem, a największą sławę zyskały sztormy nazwane później kamikaze – „boskim wiatrem”. Pogoda rzeczywiście przesądziła o katastrofie drugiej armady, lecz nie działała w próżni. Zanim nadeszła burza, najeźdźcy przez tygodnie zmagali się z umocnieniami, problemami logistycznymi i oporem wojowników siogunatu Kamakura.
Kubilaj-chan oczekiwał podporządkowania Japonii
W drugiej połowie XIII wieku Mongołowie kontrolowali znaczną część Eurazji. Kubilaj-chan, wnuk Czyngis-chana, rządził Chinami jako twórca dynastii Yuan, a podporządkowana mu Korea zapewniała dostęp do portów, stoczni i doświadczonych marynarzy. Historia imperium mongolskiego nie ograniczała się już wtedy do kawalerii przemierzającej step. Państwo wykorzystywało wiedzę i zasoby podbitych ludów, w tym Chińczyków oraz Koreańczyków.
Od 1268 roku do Japonii docierały poselstwa wzywające jej władze do nawiązania stosunków z Yuanami i uznania zwierzchnictwa Kubilaja. Realną władzę sprawował wówczas wojskowy rząd w Kamakurze, kierowany przez ród Hōjō. Japończycy nie przyjęli żądań, a państwo szogunów rozpoczęło przygotowania do obrony zachodnich wybrzeży.
Określenie „najazdy mongolskie” jest wygodnym skrótem. W armiach wysłanych przeciw Japonii znajdowali się Mongołowie, Koreańczycy, Chińczycy i przedstawiciele innych społeczności podporządkowanych dynastii Yuan. Korea dostarczała znaczną część statków, załóg oraz zaplecza potrzebnego do przeprowadzenia operacji morskiej.
Pierwsza inwazja ujawniła słabości japońskiej obrony
Jesienią 1274 roku flota Yuan zaatakowała wyspy Cuszima i Iki. Miejscowi obrońcy zostali pokonani, a najeźdźcy ruszyli w stronę północnego wybrzeża Kiusiu. Główne starcia rozegrały się w rejonie zatoki Hakata.
Japońscy wojownicy zetknęli się z armią działającą inaczej niż przeciwnicy znani z lokalnych konfliktów. Siły Yuan korzystały ze zwartych formacji, zbiorowego ostrzału, sygnałów dźwiękowych i pocisków zawierających proch. Samuraje również nie ograniczali się jednak do pojedynków znanych z późniejszych opowieści. Walczyli konno i pieszo, używali łuków, atakowali w grupach i potrafili dostosować sposób działania do sytuacji.
Źródła nie pozwalają dokładnie odtworzyć całego przebiegu kampanii. Wiadomo, że najeźdźcy nie zdołali stworzyć trwałej bazy na lądzie i wycofali się na okręty. Pogorszenie pogody mogło zwiększyć ich straty podczas odwrotu, lecz przedstawianie pierwszej inwazji jako armady natychmiast zatopionej przez wielki tajfun jest zbyt daleko idącym uproszczeniem.
Najważniejszy wniosek dla Kamakury był jasny: przeciwnik może powrócić z większą flotą. Zwycięstwo z 1274 roku nie zakończyło więc mobilizacji.
Kamienny wał zmienił warunki kolejnego desantu
Siogunat nakazał wzmocnienie obrony Kiusiu i utrzymywanie wojowników w gotowości. W 1276 roku rozpoczęto budowę kamiennego wału wzdłuż zatoki Hakata. Umocnienia ciągnęły się na odcinku około 20 kilometrów i miały utrudnić przeciwnikowi szybkie wyjście z łodzi oraz rozwinięcie oddziałów na plaży.
Wał nie był potężną fortecą zdolną samodzielnie zatrzymać armię. Zapewniał jednak obrońcom osłonę i zmuszał najeźdźców do szukania mniej dogodnych miejsc lądowania. Przygotowano również system obserwacji wybrzeża oraz mobilizacji wojowników z zachodnich prowincji.
Doświadczenie pierwszej kampanii wpłynęło na sposób walki. Japończycy nie zamierzali czekać biernie na wielką bitwę. Wykorzystywali niewielkie, zwrotne łodzie, aby nocami podpływać do większych okrętów, atakować załogi i utrzymywać przeciwnika w ciągłym napięciu. Była to praktyczna wojna przybrzeżna, daleka od późniejszego obrazu samurajów podporządkowanych jednemu kodeksowi bushidō.
Druga wyprawa była większa, lecz słabo skoordynowana
W 1281 roku Kubilaj-chan wysłał przeciw Japonii dwie główne floty. Jedna wypłynęła z Korei, druga z południowych Chin, niedawno odebranych dynastii Song. Średniowieczne źródła podają ogromne liczby statków oraz żołnierzy, ale nie można ich bezkrytycznie traktować jako dokładnych danych.
Oba zgrupowania miały połączyć siły, lecz flota wyruszająca z Korei dotarła wcześniej. Ponownie zaatakowano Czuszimę i Iki, a następnie podjęto próbę lądowania w rejonie Hakaty. Tym razem najeźdźcy zastali przygotowane umocnienia i obrońców świadomych ich metod walki.
Kamienny wał utrudnił masowy desant. Japończycy bronili brzegu, ostrzeliwali przeciwnika i przeprowadzali nocne wypady na statki. Floty Yuan przez długi czas pozostawały na wodzie, a opóźnienie drugiego zgrupowania pogłębiało problemy z koordynacją. Nawet po połączeniu sił najeźdźcy nie zdołali przełamać obrony i ruszyć w głąb Kiusiu.
Tajfun zniszczył flotę, która utknęła przy wybrzeżu
Latem 1281 roku nad rejon działań nadciągnął gwałtowny sztorm. Okręty zrywały się z kotwic, zderzały ze sobą, osiadały na mieliznach i rozbijały o wybrzeże. Wielu żołnierzy oraz marynarzy utonęło. Ci, którzy dotarli na ląd, mogli zostać zabici lub wzięci do niewoli przez japońskich wojowników.
W tym przypadku pogoda miała znaczenie rozstrzygające. Nie należy jednak wyobrażać sobie, że tajfun uderzył w armię, która wcześniej bez przeszkód podbijała Japonię. Flota znalazła się w niebezpiecznym położeniu właśnie dlatego, że przez wiele tygodni nie zdołała przeprowadzić skutecznego desantu. Okręty pozostawały zatłoczone żołnierzami, zapasami i zwierzętami, a cała operacja zależała od utrzymania łączności między różnymi zgrupowaniami.
Skuteczna obrona wydłużała czas, który armada spędzała na wodach wokół Kiusiu, nie mogąc przeprowadzić rozstrzygającego desantu. Gdy nadszedł sztorm, znaczna część ludzi, zwierząt i zapasów nadal znajdowała się na okrętach. Burza zamieniła trudną sytuację operacyjną w katastrofę.
Kamikaze stał się opowieścią o boskiej ochronie
Japońskie świątynie i chramy przedstawiały odparcie inwazji jako rezultat modlitw oraz opieki bóstw. Z czasem utrwaliła się opowieść o kamikaze, czyli „boskim wietrze”, zesłanym w obronie kraju. Taka interpretacja dobrze współgrała z tradycją szintoizmu i wiary w kami, choć w średniowiecznej Japonii religijne wyjaśnienia łączyły również elementy buddyjskie.
Legenda przesunęła na dalszy plan pracę budowniczych wału, mobilizację wojowników, nocne ataki i problemy armii Yuan. „Boski wiatr” uratował Japonię przede wszystkim podczas drugiej wyprawy, ale nie ocalił bezradnych samurajów w ostatniej chwili. Był końcowym ciosem wymierzonym w armię, którą wcześniej zatrzymały umocnienia, opór obrońców, błędy dowodzenia i trudności wielkiej operacji morskiej.
Zwycięstwo miało swoją cenę. Ponieważ siogunat nie zdobył nowych ziem ani łupów, nagrody dla wojowników trzeba było finansować z istniejących zasobów. Były one przyznawane, lecz rozpatrywanie zasług i sporów ciągnęło się przez wiele lat. Jednocześnie budowa umocnień, służba na wybrzeżu oraz utrzymywanie gotowości na kolejny atak obciążały finanse i ludzi podległych władzy w Kamakurze. Kamikaze pomógł ocalić Japonię przed podbojem, ale pozostawił siogunat z kosztami wojny, która nie przyniosła nowych terytoriów.

