Piotr Jasiek, fot. Aleksandra TyborskaPiotr Jasiek, fot. Aleksandra Tyborska

W Koronowie historia nie zaczyna się od tablicy z datą ani od gabloty ustawionej pod ścianą. Czasem zaczyna się od zejścia do chłodnej piwnicy, dotknięcia ceglanej posadzki, ciężaru miecza w dłoni albo opowieści o miejscu, które przez wieki zmieniało swoją funkcję, przynależność i znaczenie. To właśnie tam — między dawnym klasztorem, pamięcią bitwy z 1410 roku i legendami znad Brdy — Piotr Jasiek prowadzi swoją opowieść o mieście, którego centrum z pozoru można obejść w kilka chwil, ale którego historii nie da się zrozumieć bez cierpliwego wsłuchania się w szczegóły.

Koronowo w tej rozmowie układa się w trzy splatające się opowieści. Pierwsza prowadzi do cysterskiego klasztoru, od którego zaczęła się jedna z najważniejszych części dziejów miasta. Druga wraca do bitwy pod Koronowem z 1410 roku — zwycięstwa, które zostało w cieniu Grunwaldu, choć dla lokalnej pamięci ma ogromne znaczenie. Trzecia prowadzi w stronę legend: Diabelskiego Młyna, wiedźm z Grabiny, podziemnych tuneli i historii przekazywanych przez pokolenia.

Wystawa Ślady Wojny, fot. Piotr Jasiek
Wystawa Ślady Wojny, fot. Piotr Jasiek

Piotr Jasiek patrzy na Koronowo jak pasjonat, rekonstruktor, harcerz i człowiek związany z Izbą Muzealną Ziemi Koronowskiej. Nie opowiada historii z dystansu. Pokazuje ją przez miejsce, przedmioty, piwnice, pergamin, miecz, hełm, dawne księgi i eksponaty odnalezione po latach w ziemi. W tej opowieści klasztor, bitwa i legenda nie są osobnymi rozdziałami, lecz częściami jednej większej historii miasta nad Brdą. Rozmawia Łukasz Augustyński.

Jak najlepiej przedstawić Pana czytelnikom?

Wystarczy: Piotr Jasiek, Izba Muzealna Ziemi Koronowskiej. Nie mam potrzeby szczególnego tytułowania swojej roli.

Nie jestem historykiem z wykształcenia, dlatego nie chciałbym sprawiać wrażenia osoby, która zna odpowiedź na każde pytanie dotyczące dziejów Koronowa. Moje zainteresowanie historią wynika przede wszystkim z pasji. Prywatnie zajmuję się rekonstrukcją historyczną, zwłaszcza okresem średniowiecza i wątkiem cysterskim. Historia Koronowa jest mi bliska również dlatego, że sam jestem koronowianinem.

W Izbie Muzealnej Ziemi Koronowskiej historia zaczyna się właściwie od samego miejsca. Co widzi ktoś, kto wchodzi tam po raz pierwszy?

Najpierw działa samo wnętrze. Widać zewnętrzne ściany dawnych piwnic i kamienie, które prawdopodobnie przez ostatnie 200 lat nie były ruszane. Betonowa wylewka wzmacnia dziś konstrukcję, ale najważniejsze jest tu poczucie kontrastu.

W jednej części mamy płaską podłogę, płytki i beton. Wystarczy jednak przejść przez portal, aby właściwie przenieść się w czasie. Podłoga staje się nierówna, ułożona z cegły, sklepienie ma kształt łukowaty, beczkowaty, a grubość ścian pokazuje, jak solidna musiała być ta konstrukcja. Te mury dźwigały ogromny ciężar.

Dzisiaj piwnice służą zajęciom edukacyjnym. Znajdują się tu rekwizyty i rekonstrukcje związane z początkami miasta, cystersami i ich działalnością. Część wyposażenia trafiła również na korytarz w związku z 770-leciem cysterskiego dziedzictwa na ziemi koronowskiej, przypadającym w 2026 roku.

To nie jest więc opowieść wyłącznie „zza szyby”?

Nie. Szczególnie dobrze widać to podczas zajęć z dziećmi. Kiedy przychodzą grupy przedszkolne albo wczesnoszkolne, trudno zaczynać od praw miejskich, architektury czy od samego pojęcia cystersów. Można jednak pokazać, kim był rycerz, jak wyglądał i czym się zajmował.

Najlepiej działa doświadczenie. Dziecko może założyć hełm, zobaczyć czepek pikowany, dotknąć rekwizytu, poczuć ciężar przedmiotu. Wtedy łatwiej wytłumaczyć, dlaczego sam metalowy hełm nie wystarczał, po co pod spodem noszono warstwę amortyzującą i czym była przeszywanica.

Dzięki temu historia przestaje być abstrakcyjna. Ochrona ciała okazuje się całym systemem. Sam hełm mógłby boleśnie przenosić uderzenie, sam czepek nie ochroniłby czaszki, ale razem tworzyły skuteczną warstwę zabezpieczenia. Takie rzeczy zostają w pamięci dużo lepiej niż definicje.

Ekspozycja Rzemiosło, fot. Piotr Jasiek
Ekspozycja Rzemiosło, fot. Piotr Jasiek

Podobnie działa miecz, który można wziąć do ręki?

Dokładnie. Kiedy ktoś bierze miecz do ręki, często od razu zakłada, że był zbyt ciężki, aby można było nim sprawnie walczyć. Tymczasem taki miecz półtoraręczny może ważyć około kilograma dwustu, czasem nawet mniej. Można go utrzymać jedną ręką, ale skuteczny cios wyprowadza się już z pomocą drugiej.

To pozwala w prosty sposób wyjaśnić różnicę między mieczem jednoręcznym, półtoraręcznym i dwuręcznym. Od takiego przedmiotu bardzo naturalnie przechodzi się później do szerszej opowieści o rycerstwie i bitwie pod Koronowem.

Bitwa pod Koronowem bywa przykryta przez Grunwald. Dlaczego nadal warto o niej opowiadać?

Bitwa pod Koronowem jest jednym z ważniejszych punktów w historii miasta. To wydarzenie bogate, skomplikowane, a jednocześnie wciąż mniej znane, niż mogłoby być — zarówno wśród mieszkańców, jak i osób przyjezdnych.

Zwycięstwo pod Grunwaldem oczywiście przyćmiewa bitwę pod Koronowem i trudno się temu dziwić. 15 lipca 1410 roku wydarzyło się coś, co wielu uważało wcześniej za niemożliwe. Ale 10 października 1410 roku pod Koronowem doszło do kolejnego istotnego starcia.

Często mówi się o bitwie z Krzyżakami pod Koronowem. Warto jednak pamiętać, że samych braci zakonnych było tu najpewniej niewielu. Po stronie krzyżackiej w dużej mierze walczyły wojska zaciężne, między innymi z Czech, Śląska i różnych ziem Rzeszy, a więc ludzie, którzy nie musieli utożsamiać się z interesami zakonu krzyżackiego. To mogło wpływać na charakter bitwy.

Detal ekspozycji Ślady Wojny, fot. Piotr Jasiek
Detal ekspozycji Ślady Wojny, fot. Piotr Jasiek

W Pana opowieści to starcie ma niemal turniejowy charakter.

Tak właśnie bywa przedstawiane. Rycerz walczył z rycerzem nie tyle na śmierć i życie, ile na zwycięstwo. Przegrany trafiał do niewoli. Bitwa miała być nawet przerywana. Przy takim sposobie walki kilka pojedynków można jeszcze wytrzymać, ale z każdym kolejnym siły szybko się kończą.

Przełamanie miało nastąpić w trzecim starciu, kiedy zdobyto chorągiew strony krzyżackiej. Utratę chorągwi można porównać do utraty znaku rozpoznawczego i symbolu, wokół którego skupiał się oddział. Zapanował chaos, pojawił się popłoch i rozpoczęła się ucieczka. Część poległych miała zostać pochowana na cmentarzu przyklasztornym.

Znana jest też grupa jeńców, których ostatecznie przedstawiono Jagielle. Zostali spisani i puszczeni wolno. Było to bardzo mocne zagranie dyplomatyczne. Z jednej strony pokazywało miłosierne oblicze króla, z drugiej uderzało w zakon, ponieważ za jeńców trzeba było później zapłacić okup.

Koronowo za zwycięstwo z października 1410 roku zapłaciło jednak wysoką cenę.

Tak. W październiku strona polska wygrała, ale w początkach grudnia 1410 roku Koronowo doświadczyło odwetu. Miasto zostało najechane, spalone i okradzione przez oddziały krzyżackie. Najprawdopodobniej wtedy zaginął też przywilej lokacyjny miasta, odnowiony w następnym roku.

W XV wieku dramatyczne wydarzenia powtarzały się jeszcze kilkukrotnie — czy to za sprawą wojsk krzyżackich, czy też husytów, którzy w latach 30. XV wieku również dali się tutaj we znaki.

Tarcze i chorągwie uczestników bitwy pod Koronowem z 10 X 1410, fot. Piotr Jasiek
Tarcze i chorągwie uczestników bitwy pod Koronowem z 10 X 1410, fot. Piotr Jasiek

Bez cystersów nie da się opowiedzieć Koronowa?

Nie da się. Cystersi byli jedną z najważniejszych sił w dziejach miasta. To oni związali rozwój Koronowa z opactwem. W XIII wieku przybyli najpierw do Byszewa, a dopiero później przenieśli konwent nad Brdę.

Dawne Koronowo wyrosło z osady Śmiewce, zapisywanej w źródłach między innymi jako Smeysche. Cysterski rozdział tej historii zaczyna się więc w XIII wieku. Koronowo uzyskało prawa miejskie w 1368 roku z nadania Kazimierza Wielkiego. Pierwotnie nazwano je Nowym Byszewem.

Klasztor, położony poza miastem, nazywano Koroną Maryi. Cystersi otaczali Matkę Boską szczególną czcią, więc ta nazwa bardzo dobrze pasowała. Z czasem od Korony Maryi i form typu coronoviensis kształtowała się dzisiejsza nazwa Koronowo.

Cystersi kojarzą się z modlitwą, ale w tej historii są też bardzo praktyczni.

Cystersi łączyli życie modlitewne z pracą. W tej części ekspozycji mówimy głównie o skryptorium, czyli miejscu związanym z przepisywaniem ksiąg, oraz o dawnym piśmiennictwie. Piórem maczanym w atramencie zapisywano dokumenty i tworzono księgi — nie na zwykłym papierze, lecz choćby na pergaminie, czyli wyprawionej skórze, która mogła przetrwać znacznie dłużej.

Można też pokazać, jak wyglądała dawna księga: wiązania, zszywane karty, drewniana okładka. Stąd powiedzenie, że można przeczytać książkę od deski do deski. Takie szczegóły bardzo dobrze działają na wyobraźnię.

Mamy również rekonstrukcję zielnika mogunckiego z 1484 roku, wydrukowanego w Moguncji. Na przełomie XVII i XVIII wieku jeden z koronowskich cystersów opatrzył go polskim komentarzem, w praktyce tłumacząc ręcznie łaciński tekst. Proweniencja, czyli wskazanie pochodzenia, prowadzi nas właśnie do Koronowa.

Detal ekspozycji Rzemiosło, fot. Piotr Jasiek
Detal ekspozycji Rzemiosło, fot. Piotr Jasiek

Cystersi stworzyli miasto, ale czy równocześnie trochę je ograniczali?

To złożone. Z jednej strony z małej osady stworzyli miasto, które zyskało przywileje na targowiska i jarmarki. Rozwijało się rzemiosło, rozrastała się osada. Z drugiej strony w pewnym sensie ten rozwój także ograniczali.

Jeśli mówimy o rozwoju materialnym Koronowa, to dopiero w okresie zaboru pruskiego zaczęto na większą skalę murować budynki. Dlatego najstarsze zachowane świeckie ślady zabudowy w mieście pochodzą często z przełomu XVIII i XIX wieku. Wcześniej, poza obiektami sakralnymi, Koronowo było w dużej mierze drewniane.

Czym zajmowali się dawni mieszkańcy Koronowa?

Miasto było prywatną własnością pobliskiego opactwa, więc mieszkańcy funkcjonowali niejako na jego potrzeby. Rozwijały się przede wszystkim rzemiosła pierwszej potrzeby: szewstwo, sukiennictwo, garncarstwo. Wszystko to, co było niezbędne do codziennego życia.

Jedna z piwnic pełniła później funkcję sklepu albo składu win i likierów. Była tu winiarnia. Stosunkowo stała temperatura, zwykle między 13 a 18 stopni, dobrze nadawała się do leżakowania trunków. Zachowało się też zejście bezpośrednio z rynku, prowadzące do tego składu.

Koronowo ma również trójkulturową historię.

Tak. W XIX wieku i na początku XX wieku miasto miało wyraźnie trójkulturowy charakter. Byli tu Polacy, Niemcy i Żydzi; katolicy, ewangelicy i wyznawcy judaizmu.

Na rynku stał kościół ewangelicki, wybudowany w 1831 roku, dziś już nieistniejący. Według lokalnych opracowań zewnętrznie miał być wzorowany na kościele z Nakła, a wewnętrznie na jednym z kościołów kopenhaskich. Jedno ze znanych zdjęć wnętrza pokazuje witraż w części ołtarzowej.

Kościół poklasztorny cystersów nadal funkcjonuje. Co jeszcze zostało z dawnego opactwa?

Kościół poklasztorny funkcjonuje do dziś. Zachowały się również dawne zabudowania klasztorne, choć dziś pełnią funkcję więzienną, nie zakonną.

Trzeba jednak pamiętać, że obecny zespół nie odpowiada już w pełni pierwotnej, średniowiecznej formie opactwa. Kościół ma gotycki rodowód, natomiast część zabudowań z czasem zmieniła swój układ i formę, a dzisiejszy zakład karny mieści się w późniejszej, barokowej zabudowie.

Ważną postacią był opat Ignacy Bernard Gniński, związany z późniejszymi dziejami opactwa i barokizacją kościoła. Po trudnych doświadczeniach wojny północnej trzeba było odbudowywać nie tylko mury, lecz także życie miasta. W pewnym momencie Koronowo miało być niemal wyludnioną osadą. Mieszkańcy mieli uciekać, a później trzeba było ich ponownie ściągać i zasiedlać miasto.

Piwnice Izby Muzealnej Ziemi Koronowskiej, fot. Piotr Jasiek
Piwnice Izby Muzealnej Ziemi Koronowskiej, fot. Piotr Jasiek

W Izbie Muzealnej są nie tylko pamiątki średniowieczne. Jak szeroka jest ta opowieść?

Ekspozycja prowadzi przez bardzo różne epoki — od najdawniejszych śladów obecności człowieka po XIX i XX wiek. Wśród najstarszych obiektów i rekonstrukcji pojawiają się elementy związane z bardzo dawną aktywnością człowieka na tych terenach, datowane nawet na kilka tysięcy lat. Są wśród nich elementy ceramiczne, urny grobowe, czyli popielnice, oraz przystawki grobowe.

Badania archeologiczne nie pozwalają jednak mówić o ciągłości osadnictwa od tych najdawniejszych czasów aż do Koronowa cysterskiego. Wiele późniejszych zabytków znajdowano przypadkowo, stąd pewna różnorodność epok, z wyraźną przewagą XIX i XX wieku.

Dokumenty cysterskie w dużej mierze rozproszyły się po kasacie opactwa. Część przepadła, część trafiła do archiwów, między innymi do Archiwum Diecezjalnego w Pelplinie czy Archiwum Państwowego w Bydgoszczy.

Skąd biorą się nowe eksponaty?

Część rzeczy pochodzi ze współpracy ze Stowarzyszeniem Dolina Brdy 1956, czyli lokalnymi pasjonatami poszukującymi śladów wojny, zwłaszcza 1939 roku. Często jest tak, że szuka się jednej rzeczy, a przy okazji znajduje wiele innych. Żetony, monety czy różne drobiazgi bywają efektem ubocznym takich poszukiwań.

Dla mnie ważne jest, aby te przedmioty nie leżały w domu, bo wtedy nikt ich nie zobaczy. Skoro jest miejsce, gdzie prowadzi się zajęcia i przychodzą turyści, lepiej, żeby izba funkcjonowała jako atrakcja i przestrzeń opowieści. Tutaj same eksponaty opowiadają historię.

Który z takich przedmiotów szczególnie pokazuje, jak różne losy mają rzeczy wydobyte z ziemi?

Ciekawy jest przybornik do ciężkiego karabinu maszynowego, wyciągnięty z trzęsawiska czy stawu w lesie. Z zewnątrz puszka była skorodowana, ale środek po oczyszczeniu wyglądał niemal jak stan magazynowy. Można to zestawić z inną olejarką, która swobodnie zalegała w ziemi — różnica w stopniu korozji jest ogromna.

Mamy też znaleziska ze stanowiska karabinu przeciwpancernego wz. 35 Ur: łuski, naboje i elementy wyposażenia żołnierza. To również ważna część lokalnej historii wojennej.

Pojawia się też historia niemieckiego samolotu, przez lata traktowana jako lokalna tajemnica.

Tak, przez lata była to jedna z takich historii, które krążyły w lokalnej pamięci. Na wysokości promu na Zalewie Koronowskim, w Sokole-Kuźnicy, rozbił się niemiecki samolot. Stał tam obelisk, dość zapomniane miejsce. Sama historia była niejasna — jedni mówili o zimie 1943 roku, inni podawali inne wersje.

Lokalni poszukiwacze uzyskali zgodę Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, przeprowadzili prace i zlokalizowali miejsce, w którym — według lokalnych ustaleń — fragmenty maszyny miały zostać złożone i zasypane. Według tych samych ustaleń chodziło o Heinkla He 111, niemiecką maszynę Luftwaffe znaną przede wszystkim jako średni bombowiec. 24 maja 1941 roku miał lecieć w grupie kilku samolotów na wschód, w kierunku Suwałk. Burza sprawiła, że jeden z nich rozbił się w okolicy.

Dzisiaj kolejne części tej maszyny, stopniowo opracowywane i oczyszczane, trafiają do ekspozycji.

Kiedy takie przedmioty trafiają do Izby, trzeba je jeszcze oczyścić, zabezpieczyć i opisać. Gdzie Pan się tego nauczył?

To raczej praca zabezpieczająca niż pełna konserwacja. Często polega na sfotografowaniu, opisaniu, włożeniu do odpowiedniego kartonu i skatalogowaniu. Pracy jest dużo, bo przez lata nie powstał jeden, jednolity katalog wszystkich eksponatów.

Przy takich rzeczach jak elementy oporządzenia końskiego bardzo pomaga samo obcowanie z przedmiotami. Znaczenie miało też doświadczenie z Muzeum Mydła i Historii Brudu, choć to oczywiście inna kategoria eksponatów.

Jednym z pierwszych zadań, jakie tam dostałem, było… umycie mydła. Początkowo brzmiało to jak żart, ale przedmiot był zakurzony i zapleśniały, a po oczyszczeniu nie stracił swoich walorów. Udało się wydobyć to, co było w nim ciekawe — czy był to Biały Jeleń, czy Schicht.

Dużo daje praktyka, ale moja wiedza jest amatorska. Nie podjąłbym się konserwacji, gdyby ktoś przyniósł mi dwunastowieczną fibulę, biżuterię czy podobny przedmiot. Mogę coś oczyścić, zabezpieczyć, zakonserwować w podstawowym zakresie, ale pełnej konserwacji bym się nie podjął. Nie mam takiej wiedzy ani umiejętności, a mógłbym bardziej zaszkodzić eksponatowi, niż pomóc.

Czy mieszkańcy Koronowa interesują się historią miasta?

Tak, choć w różny sposób. Jeśli chodzi o dzieci i grupy szkolne, staram się przede wszystkim zaszczepić zainteresowanie. Żeby czymś się zainteresować, trzeba to najpierw poznać. Nie chodzi o to, żeby od razu wymagać znajomości wszystkich dat, praw miejskich czy cysterskich przywilejów.

Czasami wystarczy ciekawostka, eksponat, zabawa. Mam wrażenie, że jeśli mieszkaniec Koronowa wie, że była bitwa pod Koronowem, i zapamięta datę 10.10.1410, to już jest dobry początek. Od takich podstaw łatwiej przejść do kolejnych tematów.

Dorośli mieszkańcy także przychodzą, wielu po raz pierwszy do wyremontowanej izby. Izba funkcjonuje przy Punkcie Informacji Turystycznej od początku czerwca 2002 roku. Kiedyś była to bardziej Izba Regionalna czy Izba Pamięci, z dużą liczbą przedmiotów. Dziś jest bardziej muzealnie: są gabloty, inna forma ekspozycji i rotowanie zbiorów.

Największy ruch obserwujemy dwa razy w roku: podczas Nocy Muzeów i 11 listopada. Wtedy ludzie po uroczystościach na rynku chętnie zaglądają do środka — jest ciepło, sucho, można skorzystać z toalety, ale przede wszystkim zobaczyć miejsce i posłuchać opowieści.

Detal z ekspozycji izby muzealnej, fot. Piotr Jasiek
Detal z ekspozycji izby muzealnej, fot. Piotr Jasiek

W Pana opowieści często wraca pojęcie „małej ojczyzny”. Skąd ono się wzięło?

Myślę, że duży wpływ miało harcerstwo. Od 20 lat jestem członkiem Związku Harcerstwa Polskiego. Dokładnie tyle minęło od mojej pierwszej zbiórki, pierwszej wędrówki i pierwszego biwaku.

Harcerstwo rozwinęło we mnie zdolności interpersonalne i zaszczepiło pasję do poznawania historii oraz dzielenia się nią z innymi. Staram się oddawać tej organizacji poprzez swoją służbę — mniej lub bardziej aktywną. Działam w Szczepie ZHP Koronowo. Harcerstwo na ziemi koronowskiej ma tradycje sięgające co najmniej 1920 roku.

A lokalnie — właśnie mała ojczyzna. To przywiązanie do miejsca, poznawanie go, opowiadanie o nim. Mam wrażenie, że 20 lat temu nie mówiło się o tym tak często. Dzisiaj można mówić o małej ojczyźnie z dumą.

Jednym z przykładów promocji miasta był album o Koronowie. Jak Pan wspomina tę pracę?

To był ciekawy projekt. Album zdobył 3. miejsce w konkursie „Pamiątki z Polski”. Miło ogląda się te zdjęcia, zwłaszcza że po kilku latach od poprzedniego albumu wiele w Koronowie się zmieniło. Rynek wygląda inaczej, sporo miejsc zostało wyremontowanych, a fotografie dobrze to pokazują.

Przy tym albumie pojawiła się koncepcja, żeby nie tworzył go wyłącznie profesjonalista, ale mieszkańcy — ci, którzy chcą pokazać miasto i okolicę z własnej perspektywy. To dało publikacji bardziej wspólnotowy charakter.

Ja odpowiadałem za tekst historyczny. Początkowo miałem wątpliwości, czy w albumie fotograficznym potrzebny jest dłuższy tekst. Z czasem udało się jednak znaleźć formułę, która nie konkurowała z fotografiami, lecz pomagała lepiej zrozumieć przedstawione miejsca.

Na początku podszedłem do tego z humorem, może nawet zbyt obrazowo opisując realia średniowiecznego miasta: brud, nieczystości na ulicy, zupełnie inną codzienność. Ostatecznie tekst udało się doprowadzić do formy, która przybliżała historię w sposób przystępny. Słyszałem później od osób współtworzących album, że o pewnych rzeczach dowiedziały się właśnie z niego.

Ma Pan też doświadczenie z Muzeum Mydła i Historii Brudu w Bydgoszczy. To nietypowa ścieżka do opowiadania o historii?

Tak. Przez kilka lat byłem przewodnikiem i kierownikiem Muzeum Mydła i Historii Brudu. Historia higieny i mydła nie jest mi więc obca. Łączy się też z moimi zainteresowaniami historycznymi, średniowiecznymi i ziołoleczniczymi.

Zielarstwo, ziołolecznictwo, natura, przyroda, turystyka — to wszystko gdzieś się ze sobą łączy. Do tej pory miałem szczęście pracować w miejscach, w których mogłem zajmować się tym, co naprawdę mnie interesuje.

Koronowo ma swoje legendy? Takie, które mogłyby konkurować z Borutą z Łęczycy?

Jedną z najstarszych legend funkcjonujących w Koronowie jest chyba opowieść o połączeniu klasztoru albo kościoła pocysterskiego z kościołem w Byszewie. Chodzi o tunel, który miałby prowadzić z Koronowa do Byszewa — około dziewięciu kilometrów, w linii prostej może mniej.

Są też legendy związane z bazyliką. Według nich miał być tam zakopany skarb: beczki ze złotem albo figury apostołów ze szczerego złota. To jedne z najstarszych opowieści, które zakorzeniły się w lokalnej wyobraźni. Dzisiaj trudno byłoby wskazać ich prapoczątek.

Tak jak w wielu miejscach przy zamkach pojawia się biała dama albo rycerz, tak w historiach zakonnych i architektonicznych często przewijają się podziemia, tunele i tajemne przejścia.

Kto utrwalił koronowskie legendy?

W 1984 roku ukazało się pierwsze wydanie legend koronowskich Tadeusza Multańskiego, zatytułowane „Tajemnica Diabelskiego Młyna”. Multański, wieloletni prezes i współtwórca środowiska skupionego wokół Towarzystwa Miłośników Ziemi Koronowskiej, nie pochodził z Koronowa, ale bardzo zainteresował się miastem, spodobało mu się tutaj i zostawił po sobie ważny dorobek.

Spisał legendy i opowieści nawiązujące do miejsc z Koronowa, gminy Koronowo i okolicznych wsi. Część z nich wyrastała zapewne z lokalnych przekazów, część została literacko opracowana. Widać jednak, że autor znał historię, bo bez tej wiedzy trudno byłoby niektóre wątki w ogóle uchwycić.

Ciekawy jest przykład kościoła w Byszewie. Przy pracach konserwatorskich posadzki miano natrafić w kruchcie, czyli przy wejściu do kościoła, na ludzkie szczątki. Czy można je łączyć z organistą Maciejem z legendy byszewskiej — tego nie sposób dziś przesądzać. Sama legenda zyskała jednak pewien punkt styczny z rzeczywistością.

Która z tych opowieści jest dziś najbardziej rozpoznawalna?

Poza historią o podziemiach i tunelu chyba legenda o Diabelskim Młynie. To opowieść bliska baśniowemu schematowi: jest pakt z diabłem, młynarz, księżniczka i miłość, która przełamuje czar.

Według tej opowieści młynarz miał po zachodzie słońca przyjmować postać diabła, aby woda ze strumienia Solnicy wróciła do młyna. Czar prysł dopiero wtedy, gdy publicznie, na balu, młynarz i księżniczka z pobliskiego zamku wyznali sobie miłość.

Jest też legenda o wiedźmach z Grabiny. Sam kontekst Grabiny w Koronowie jest znany, podobnie jak hasło „wiedźmy z Grabiny”. Myślę jednak, że funkcjonuje bardziej skrótowo. Gdyby ktoś miał szybko wskazać lokalną legendę, pewnie posłużyłby się właśnie tym określeniem.

Jak wyobraża Pan sobie przyszłość Izby Muzealnej Ziemi Koronowskiej?

Jeśli chodzi o Izbę Muzealną, takim marzeniem byłoby muzeum. Wiem, że to pomysł trudny i wymagający, także finansowo. Z drugiej strony warto mieć przed oczami taki cel — niezależnie od tego, czy mówimy o perspektywie pięciu, czy piętnastu lat.

Nic nie stoi na przeszkodzie, by powstała prywatna jednostka muzealna, niekoniecznie obejmująca wyłącznie historię Koronowa. Tylko taki pomysł, który wszystkim by odpowiadał, jeszcze się nie narodził.

Ufam, że prowadzenie Izby i działań wokół niej, czyli zajęć, wydarzeń i opowiadania o lokalnej historii, jest już krokiem w tę stronę. Tak samo jak eksponowanie tej historii tutaj, w murach Izby. Trzymam za to kciuki i oby kiedyś było nam dane takie muzeum zwiedzić.

Łukasz Augustyński: Bardzo dziękuję za rozmowę, oprowadzenie po Izbie Muzealnej Ziemi Koronowskiej i pokazanie historii Koronowa od strony, której nie widać przy zwykłym spacerze po mieście.

Piotr Jasiek: Dziękuję bardzo.

Piotr Jasiek
Piotr Jasiek, fot. Aleksandra Tyborska

Po godzinach: Piotr Jasiek mniej oficjalnie

Lżejsza, bardziej osobista część rozmowy, w której Piotr Jasiek opowiada o książkach, filmach, muzyce, odpoczynku i miejscach pozwalających złapać dystans od codzienności.

1

Książka, do której chętnie Pan wraca?

Jedną z książkowych historii, które mocno zapisały się w mojej pamięci, jest „Cykl Krzyżacki” Dariusza Domagalskiego, łączący realia średniowiecza z elementami fantastyki i związany z okresem wielkiej wojny Polski i Litwy z zakonem krzyżackim z lat 1409–1411. Wśród tomów były między innymi: „Delikatne uderzenie pioruna”, „Aksamitny dotyk nocy” i „Gniewny pomruk burzy”.

W jednym z nich pojawił się opis bitwy pod Koronowem. To było dla mnie ważne, bo promocja czy premiera książki zbiegła się z obchodami 600-lecia bitwy pod Grunwaldem i bitwy pod Koronowem. Taka okrągła rocznica zdarza się raz w życiu, więc jako nastolatek bardzo mocno to przeżyłem i jeszcze bardziej zakorzeniłem swoje zainteresowania historią średniowiecza.

2

Film, który zrobił na Panu szczególne wrażenie?

„Takiego pięknego syna urodziłam” Marcina Koszałki. To film, do którego przez lata zdarzało mi się wracać — mocny, dokumentalny, bardzo osobisty.

A jeśli chodzi o kino bardziej rozrywkowe, chciałbym, żeby moja żona obejrzała film „Brunet wieczorową porą”. Niekoniecznie przepada za polskim kinem, zwłaszcza tym starszym, a dla mnie to film dobry na okolice Świąt Bożego Narodzenia. Myślę, że warto te perypetie poznać.

3

Muzyka, która najczęściej towarzyszy Panu po godzinach?

Bardzo ważne jest dla mnie Lao Che i twórczość Huberta Dobaczewskiego, czyli Spiętego. To muzyka, która towarzyszy mi od lat.

Słucham też nagrań z kręgu The Very Polish Cut Outs — polskiej wytwórni muzyki elektronicznej, która przywraca muzykę minionych lat, samplując i wykorzystując głównie polskie utwory. Na mój gust duży wpływ miało też radio, szczególnie Czwórka (czwarty program Polskiego Radia) i Radio 357.

4

Miejsce, w którym najłatwiej Panu złapać dystans?

Nie wiem, czy potrzebne jest do tego jedno konkretne miejsce. Na pewno pomaga natura.

Kilka lat temu zacząłem chodzić boso w sezonie wiosennym i letnim. To była forma relaksu, ale też przełamywania pewnych słabości. Kiedy po rozgrzanym betonie wchodzi się na zimną trawę, pojawia się bardzo przyjemne uczucie. A reakcje ludzi — od troski po żarty — też budowały pewnego rodzaju odporność.

5

Jeden dzień wolny tylko dla siebie — jak by go Pan spędził?

Pewnie żona powiedziałaby, że trudno mi odpoczywać. Ja najczęściej odpoczywam w działaniu: przy rekonstrukcji historycznej, szyciu, naprawianiu butów albo przygotowywaniu elementów stroju.

Gdybym miał więcej wolnego, najchętniej wróciłbym w Tatry. Jestem z nimi związany od dzieciństwa. Dla wielu osób miejscem ucieczki są Bieszczady, dla mnie są nim Tatry — polskie i słowackie.

By Ola A.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *